Podróże

Zurych. Miasto, które łapie za serce i nie chce puścić

11 lipca 2017
zurych

Gdzieś jeszcze w grudniu moi szefowie zadecydowali, że będę musiała pojechać do Zurychu, by przeszkolić klienta z obsługi systemu, na którym w naszej firmie pracujemy. I choć uwielbiam podróżować, perspektywa wyjazdu do tego miasta wcale mnie nie pociągała. Podróże służbowe nijak się bowiem mają do poznawania nowych miejsc. Poza tym – o dziwo! – Zurych nigdy nie był na liście moich destynacji podróżniczych.

Traf chciał, że z kilku powodów udało mi się odłożyć tę wyprawę o dobrych kilku tygodni. Jednak, co się odwlecze, to nie uciecze i wreszcie skończyły mi się wszystkie poważne wymówki. W połowie marca znalazłam się na pokładzie samolotu, z perspektywą 5 dni u klienta, po raz pierwszy chyba z bólem serca żegnając się z zimną i pochmurną Polską.

Z Krakowa do Zurychu jedyne bezpośrednie połączenie oferuje Swiss International Airlines. Siatka połączeń jest bardzo gęsta, lecz tym, co ucieszyło mnie najbardziej jest fakt, że pierwszy poranny lot odbywa się o godz. 9.15. Po tym, jak stosunkowo często latałam samolotem do Frankfurtu o 6.30, wstawanie o 3.00, czy 4.00 rano stało się moim koszmarem. Miło było wreszcie się trochę wyspać przed całym intensywnym tygodniem. Lot trwa zaledwie 1 h 45 min, a na miejscu przywitało mnie bezchmurne niebo i 15 st. C. WOW!

Tak, jak przypuszczałam, pierwsze 2 dni minęły mi na wytężonej pracy. Pomimo że miałam szczęście zatrzymywać się w hotelu położonym 5 min piechotą od starego miasta, okazję do zobaczenia okolicy miałam w porze lunchu, a później dopiero po zmroku. Czyli tak naprawdę nie zobaczyłam nic. A co jak co, nawet jeśli nie chciałam tu jechać, musiałam odbębnić spacer po mieście, bo nikt nie uwierzyłby, że tu byłam! Dlatego też, gdy w środę opuściłam biuro klienta (jeszcze) za dnia, szybko pobiegłam do hotelu, by przebrać się w coś wygodnego, i z aparatem w ręku wyleciałam na miasto, swoje kroki kierując wpierw na szeroko znane Zürichsee.

Zurych

Oczywiście, że po mapach Google spodziewałam się czegoś dużego, lecz to, co zobaczyłam, zaparło mi dech w piersiach. Pomimo że jezioro sąsiaduje z jednym z głównych skrzyżowań w Zurychu, wydaje się jakby jego teren otaczała niewidzialna bariera odgradzająca je od zgiełku miasta. Nic więc dziwnego, że w ten ciepły i słoneczny dzień, sporo ludzi korzystało z możliwości relaksu nad wodą. Ja sama zakładałam, że po prostu cyknę kilka fotek i ruszę dalej – wolna przestrzeń i spokojny szum wody sprawiły jednak, że odetchnęłam pełną piersią po dwóch stresujących dniach i spędziłam dobre pół godziny po prostu patrząc w niebieski horyzont. Po tej chwili, spojrzałam na Zurych łaskawszym okiem i pomyślałam, że może mnie jeszcze bardzo zaskoczyć. Coraz bardziej zaintrygowana, ruszyłam dalej, dając mu szansę.

Sama starówka położona jest na niewielkim wzgórzu. Nie jest rozległa, ale nie oznacza to, że szybko się ją zwiedza, bo jest to po prostu niemożliwe! Jest to zespół cichych, spokojnych i niezwykle klimatycznych uliczek. Obfituje w malownicze zakątki prowadzące pozornie donikąd, a mimo to połączone ze sobą w najbardziej nieprzewidywalny sposób. Niemiecki rodowód Zurychu sprawia, że miasto to łączy wpływy alpejskie z dobrze znaną germańską surowością. Historyczne budynki w centrum wręcz przytłaczają swoją monumentalnością. Ich przemyślane oświetlenie i ewidentna dbałość o stan budowli sprawia, że nie można oderwać od nich wzroku. Zresztą całe miasto jest bardzo zadbane – ulice są czyste i próżno szukać śmieci na chodnikach.

Włócząc się po Zurychu, czułam, że coraz bardziej zakochuję się w tym mieście i ze śmiechem wspominałam to, jak bardzo nie chciałam tu przyjechać. Z bólem serca też żałowałam, że nie miałam wystarczająco dużo czasu, by zwiedzić więcej niż centrum miasta.

Zurych – kilka praktycznych porad

Stwierdzenie, że Zurych nie jest tanim miastem, jest wielkim niedopowiedzeniem. Gdybym miała tam jechać turystycznie, dwa razy bym się nad tym zastanowiła. Miasto bowiem miażdży swoją urodą – ale miażdży również portfel…

Lądując w Zurychu, należy bardzo uważnie zorientować się w możliwościach dojazdu z i na lotnisko. Ja mogłam wziąć taksówkę – kurs takowej w okolice centrum waha się od 60-80 CHF, w zależności od korków. Jeśli masz czas, poleciłabym skorzystanie z pociągu, który kursuje z lotniska do głównej stacji kolejowej.

Niestety, koszty życia dla turysty są tu wyższe niż w Eurolandzie. Najzwyklejsza kawa w Starbucksie w przeliczeniu na PLN kosztuje więcej niż np. w Niemczech (a Frank szwajcarski wciąż jest tańszy niż Euro). Stanowczo polecam również zabranie ze sobą wszelkich kosmetyków, gdyż ich ceny są tu bardzo wysokie. Należy założyć, że na wydatki codzienne (śniadanie, lunch, kolacja w restauracji z napojami wyskokowymi) trzeba przeznaczyć ok. 100 CHF na osobę. Na dzień. I to przy założeniu, że nie wybierasz drogich miejsc.

Zaleciłabym również daleko idącą ostrożność w prowadzeniu rozmów telefonicznych. Szwajcaria – jako jedyny kraj EOG – nie należy do unijnej strefy roamingowej, o czym nikt otwarcie nie informuje! To oznacza, że ceny połączeń są tu bardzo wysokie. W zależności od operatora, cena połączenia wychodzącego to 5-8 PLN/min, a przychodzącego3-5 PLN/min. Warto o tym wiedzieć zawczasu, bo można potem, tak jak ja, płakać nad rachunkiem. 🙂

Na koniec, w Zurychu używa się innego typu gniazdek i niechętnie współpracują one z wtyczkami europejskimi (więcej przeczytasz tutaj). Należy więc zawczasu zaopatrzyć się w przejściówkę na wypadek, gdyby w hotelu ich brakowało. Nie warto bowiem wydawać nieadekwatnej sumy na miejscu.

Podsumowując, Zurych nauczył mnie jednego – nigdy nie mów nigdy, bo może się okazać, że wiele stracisz. Gdybym stanowczo odmówiła wyjazdu, prawdopodobnie nigdy nie zobaczyłabym miasta, które mnie zachwyciło, przytłoczyło swoim pięknem i zostawiło w moim sercu głęboko idącą miłość do niego.

Z pewnością kiedyś tam wrócę. Jak tylko Frank szwajcarski stanieje. 😉

You Might Also Like

  • n. 18 kwietnia 2017 at 08:58

    Rzeczywiście, piękne miasto! Zurych znam jedynie z… lotniska. Niedawno miałam przesiadkę z Delhi do Warszawy właśnie w Zurychu. Lot był opóźniony, więc voucher mi przysługiwał. Nawet z wewnątrz lotniska Zurych wywarł na mnie magiczne wrażenie…

    • Not So Ashy 18 kwietnia 2017 at 17:10

      Dalej jest tylko lepiej. Mam nadzieję, ze kiedyś uda Ci się zobaczyć więcej. 🙂 A jeśli chodzi o lotniska, nigdy nie zapomnę mojej przesiadki w Kopenhadze. Jeśli samo miasto jest równie pięknie, co tamtejszy port lotniczy, to muszę się tam kiedyś wybrać!

  • Anna Truchlewska 18 kwietnia 2017 at 09:00

    Też nigdy nie myślałam o Zurychu jako mieście wartym grzechu zwiedzania. Dziękuję za zwrócenie uwagi na to ciekawe miasto 🙂

    • Not So Ashy 18 kwietnia 2017 at 17:08

      Serdecznie zachęcam! Mam nadzieję, że i Ciebie kiedyś pozytywnie zaskoczy. 🙂

  • Ryś 18 kwietnia 2017 at 09:15

    Znajomi często myślą, że jeśli dużo się podróżuje służbowo, to równie dużo się ogląda. A to nie do końca prawda. To, że się w jakimś miejscu pracuje, wcale nie znaczy, że się je zwiedzi. Najlepiej przedłużać wyjazdy do weekendu włącznie, wtedy chociaż dwa dni ma się na odkrywanie nowego miejsca. Haha, problemy pierwszego świata ;P

    • Not So Ashy 18 kwietnia 2017 at 17:07

      Lepiej bym tego nie ujęła! Trochę przyszło mi podróżować i niestety nierzadko niektóre miasta mogłam obejrzeć tylko z okien taksówki… I również uważam, że jeżeli jest taka możliwość, trzeba zostać na weekend i zobaczyć trochę więcej. Po co później żałować. 🙂