Lifestyle

Po jedenaste: nie oceniaj bliźniego swego

28 stycznia 2018

Starałam się powstrzymać od komentowania ostatnich wydarzeń, które docierają do nas z Pakistanu. Nie sądziłam nawet, że dotkną mnie one tak mocno. I choć jestem przepełniona zarazem smutkiem i podziwem dla akcji ratunkowej przeprowadzonej przez naszych rodaków na zboczu „Zabójczej góry”, buzuje we mnie inne uczucie. Złość.

Złość nie na Tomka, Eli i wszystkich tych, którzy ryzykują własne życie, by zdobyć nie zdobywalne. Złość nie na samą górę, która zdaje się podejmować decyzję o tym, kto z niej zejdzie, a kto zostanie z nią na wieki. Jestem zła na wszystkich tych, którzy roszczą sobie prawo do oceniania i ferowania opinii na temat tych, którzy są im obcy i których decyzje nigdy w żaden sposób nie dotkną ich osobiście. Na brak zrozumienia i akceptacji tego, że każdy ma prawo przeżyć życie na własnych zasadach.

Ten wpis będzie bardzo osobisty i wahałam się, czy go opublikować. Uznałam jednak, że dotyczy takiej sfery mojego życia, której ani trochę się nie wstydzę. I że być może chociaż jednej osobie przybliży to, co w głowie gra takim „wariatom”, jak ja.

Wiesz, które zdanie słyszę najczęściej od otoczenia? „To niebezpieczne.” Ludzie wokół mnie lubią rościć sobie prawo do tego, by oceniać moje poczynania, zwłaszcza gdy odbiegają od przyjętej przez nich granicy ryzyka. Nigdy nie biorąc pod uwagę tego, że to, co dla jednych jest granicą, dla innych jest linią startu.

Gdy byłam nastolatką, trenowałam jeździectwo i skoki przez przeszkody oraz piłkę ręczną, uprawiałam biegi przełajowe, moim głównym środkiem lokomocji był rower, jeździłam na łyżwach i rolkach, w zimie szusowałam na nartach, potem na snowboardzie, przemierzałam śnieżne zaspy na biegówkach i pewnie moi rodzice dodali by do tego jeszcze kilka innych, przerażających według nich, aktywności. Zaliczyłam tego trochę, gro z tych sportów porzuciłam, pomimo uciech z nimi związanych, i nawet mi ich nie brakuje. W moim sercu pozostała jednak miłość do jednego sportu, miłość za którą będę dozgonnie wdzięczna mojemu wychowawcy z gimnazjum, miłość, która nigdy nie przeminie. Jest nią trekking.

Ten nizinny i ten wysokogórski, byleby bez wspinania. Byleby iść. Aż na koniec świata i jeden krok dalej. Aż nogi odmówią posłuszeństwa, a przez organizm przejdzie fala osłabienia tak wielkiego, że już brak sił pomyśleć, że dalej nie pójdę, aż zatamowana batonami i napojami energetycznymi zbiorę się w sobie i poproszę nogi, by poniosły mnie dalej i dalej, wyżej i wyżej, aż na ten szczyt, pagórek, cel, który sobie obrałam. Bo tak. Bo chcę poczuć, że żyję, a czuję, że żyję tylko wtedy, gdy jestem w tym stanie. W tym wysiłku, gdy stopa za stopą, z pustką w głowie i myślami skierowanymi na następnym kroku, wreszcie docieram gdziekolwiek sobie zaplanowałam i czasem krzyczę ze szczęścia, czasem płaczę ze zmęczenia, a czasem po prostu wzdycham: K***a, a teraz jeszcze z powrotem. Bo tak. Bo to kocham.

Trekking daje mi poczucie, że jestem gdzieś daleko od świata, umykam codzienności. Że nie mam żadnej maski, jestem tylko ja, prawdziwa Ula, nie ta z coniedzielnych posiadówek przy rosołku, nie ta Urszula zza biurka w pracy, po prostu kwintesencja mnie, którą lubię, która robi na mnie wrażenie, którą szanuję. Ten wysiłek, to parcie do przodu po ziemi, kamieniach, to coś, co tkwi we mnie na poziomie komórkowym. Stan, w którym mój organizm mówi: o, jestem wreszcie u siebie. To spokój, wyciszenie, siła i skrzydła. Świat, który zwalnia i w którym jestem tylko ja – do bólu ja. I robię to, co mogę, potrafię, chcę i na co mnie stać.

Pomimo tego wszystkiego, pomimo tych wszystkich sportów i żadnej kontuzji, moi rodzice zawsze twierdzili, że „nie mam ciała nadającego się do sportu” (sic). Kiedy więc w końcu kontuzja dopadła i mnie, w sposób tak błachy, że aż głupi, w najbardziej bezpiecznym miejscu, w jakim mogłam być, a zerwane więzadła (które normalnie rehabilituje się znacznie dłużej niż robią to piłkarze) uwięziły mnie w domu i doprowadziły na skraj załamania – cała moja rodzina odetchnęła z ulgą. Bo Ula wreszcie przestała „igrać z życiem”. Bo w tej rodzinie żyje się „bezpiecznie”.

Potem poszłam na studia, do pracy, wyszłam za mąż, do swojej rodziny dołączyłam drugą o podobnych przekonaniach i cała ta moja pasja do życia, bo trekking to dla mnie życie i sens, odeszła na daleki plan. I żyłam tak przez lata, życiem, które powinno cieszyć, lecz nie cieszyło, wśród ludzi, którzy nie rozumieli, wmawiali, wyrzucali, że nie doceniam, niewdzięczna ja, powinnam się cieszyć z tego co mam, a mi ciągle mało. Żyłam w poczuciu winy, bo zawodziłam wszystkich wokoło tym, że gdzieś głęboko we mnie na poziomie nie tyle duchowym, co biologicznym mój organizm wołał, że: to nie to więcej!, a gdzieś, może w sercu, tkwiła wyrwa, której nie zasklepią dobre zarobki, super ciuchy i all inclusive w 5* hotelu. I wiem już teraz, że nie zasklepi jej również nowy dom, pies, cosobotni grill i pełzające pod nogami niemowlę. Bo to są elementy dodatkowe, które może i uzupełnią moje życie, ale nie są dla mnie jego kwintesencją. I im starsza jestem, tym ta wyrwa się powiększa i wiem, że albo coś z tym zrobię – nawet wbrew woli bliskich – albo z tego nieszczęścia powolutku zniszczeję. Bo tak.

Bo po prostu taka jestem.

Dlaczego więc jestem zła? Dlatego, że w ciągu ostatnich kilku dni ludzie tacy jak ja, ludzie potrzebujący do życia wcale nie więcej, a po prostu czegoś innego, zostali zmieszani z błotem, opluci. Skrytykowano ich postawę, wybory życiowe, wyzywano od nieodpowiedzialnych, głupich, egoistów, dla których nie liczy się rodzina i dzieci, a własne przyjemności. Jestem zła, że ludzie chcę i czują się na miejscu, by krytykować i oceniać to, że ktoś żyje inaczej niż oni. Że brak im empatii i wystarczającej otwartości, by zrozumieć, że każdy z nas ma inne pojmowanie życia – że może dla nich wejście na Everest to nieodpowiedzialne szastanie życiem, ale dla innych takim Everestem moze być chociażby ciąża. Że jedynymi osobami, przed którymi tacy ludzie odpowiadają, są ich bliscy, a ci – o ironio – mają w sobie więcej akceptacji dla tych potrzeb, niż ktokolwiek obcy.

Nie gloryfikuję żadnej z osób, która zdecydowała się w zimie zdobywać szczyt Nangi, czy zdecydowała się w przepłynąć Pacyfik kajakiem. Nie uważam ich za bohaterów, tak jak sama się nigdy nią nie czułam. Mam jednak prawo żądać szacunku – dla wszystkich. Szacunku za odwagę i upór w dążeniu do czegoś, co daje szczęście. I nie ważne czy jest to 2 lata starania się o dziecko, czy sprawdzanie siebie w ekstremalnych warunkach, bo obie te rzeczy prowadzą do jednego – poczucia spełnienia w życiu. I jeśli nie rozumiesz tego, co może kierować człowiekiem, który ma w życiu inne cele i pasje, niż Ty, masz do tego prawo. Ja również mam. Ale tak jak ja szanuję Twoje wybory – Ty szanuj moje. Zwłaszcza, jeśli Cię nie dotykają.

Na koniec, jeśli jeszcze nigdy nic nie sprawiło, że poczułeś się spełniony w życiu, życzę Ci tego z całego serca. Bo gdy już to poczujesz, nie pozwolisz sobie tego odebrać. Zresztą, jak to mówił Mark Twain:

Dwa najważniejsze dni w życiu człowieka to ten, w którym się rodzi i ten, w którym odkrywa – po co.

Ściskam! / U.

You Might Also Like