Fotografia

Nie daj wspomnieniom zniknąć. x Saal Digital

7 września 2017
saal digital

Zdjęcia to fantastyczny sposób na utrwalanie chwil, miejsc i emocji i staram się je robić na każdym wyjeździe, uroczystości, czy nawet zwykłym spacerze. Bo czasem, choćby raz na rok, miło jest wrócić do pięknych momentów i przypomnieć sobie, że życie to nie tylko rutyna i zmartwienia. Dobrze jest też czasem podzielić się ze znajomymi relacją z podróży, z której akurat wróciliśmy. Albo z ważnego wydarzenia, na którym nie było naszych bliskich. Dziwnym trafem jednak ci ludzie, którzy zdjęć robić nie umieją, dzielą się nimi nad wyraz chętnie, a tych znajomych, o których wiem, że zdjęcia robią fantastyczne – nie mogę się o nie doprosić. A, no i zgadnijcie, do której grupy ja należę?

Zawsze popełniałam podstawowy błąd – wracałam z wyjazdu i moja aktywność względem zrobionych zdjęć sprowadzała się do zgrania ich na dysk. Nawet ich nie przeglądałam. Nie jestem osobą, która wieczorami otwiera foldery na laptopie i nostalgicznie wspomina (nierzadko piękne) chwile. To, co trafia na mój komputer, znika w czarnej otchłani dysku, czekając, aż może kiedyś sobie o nim przypomnę. Dopiero moment, gdy otrzymałam plik zdjęć ze ślubu (które na komputerze przejrzałam jeden jedyny raz – po to, żeby wybrać z nich coś  do wydruku), uświadomił mi, że jeśli zdjęć nie będę miała w formie drukowanej… to nigdy do nich nie wrócę. Będąc jeszcze trochę w poślubnej atmosferze, zapragnęłam zrobić fotoksiążkę z podróży poślubnej, choć zupełnie nie wiedziałam jak się za to zabrać. Szczęśliwym trafem firma Saal Digital oferowała w tym czasie test swoich produktów. Pomyślałam więc, że to idealny moment na to, by skorzystać z oferty i wypróbować swoje siły we własnoręcznym stworzeniu takiej pamiątki.

Do stworzenia tej książki początkowo podeszłam, jak do jeża, jednakże cały proces jest zaskakująco prosty. Fotoksiążki Saal Digital tworzy się za pomocą firmowej aplikacji, którą można ściągnąć bezpośrednio ze strony. (I nie dajcie się namówić na ściąganie jej z innego źródła, bo tylko to jest pewne.) Program jest bardzo intuicyjny. Pozwala na wybranie produktu (ja postawiłam na fotozeszyt), jego wielkości, ilości stron, jakości papieru oraz rodzaju oprawy. Następnie krok po kroku własnoręcznie projektujemy każdą stronę naszej książki. To najprzyjemniejszy etap, gdyż aplikacja pozostawia nam całkowitą dowolność w ułożeniu fotografii – mamy do wyboru mnóstwo kolaży i formatów zdjęć. Ta dowolność ma też swoje minusy – nad swoim cieniutkim zeszytem spędziłam dużo więcej czasu, niż zakładałam, wciąż zmieniając układ kartek, bo przecież miały wyglądać idealnie. Skończyło się na tym, że po dwóch godzinach wymęczona kliknęłam przycisk zamawiania i opłaciłam paczkę z myślą: „będzie, co ma być”.

Gdzieś już w internecie wyczytałam, że Saal Digital wysyła produkty z Niemiec, uzbroiłam się więc w cierpliwość, myśląc, że na przesyłkę trochę się naczekam. Wyobraźcie sobie więc moje zdumienie, gdy 4 dni później kurier zapukał do mych drzwi. 4 dni! Nie wiem, czy jakakolwiek polska drukarnia dostarczyłaby fotoksiążkę w tak krótkim czasie, a jeśli taką znacie, będę bardzo wdzięczna za namiary. 🙂

Kolory, kolory, kolory…

Największe wątpliwości miałam, co do jakości kolorów moich fotografii po wydruku. Nie wynikały one z niewiary w jakość usług, a z mojej wątpliwej wiedzy i zerowego doświadczenia w DTP. No bo jest CMYK i chyba jakieś 240 dpi… (albo może to było 300 dpi?). Poza tym matryca mojego laptopa pozostawia wiele do życzenia i obawiałam się, że z kolorów, które na niej widzę, wyjdzie jakaś pikseloza. A że nie chciało mi się gmerać w internetach w poszukiwaniu sprawdzonych informacji, użyłam zdjęć takich, jakie miałam – czyli przygotowanych pod internet, w formacie sRGB. Możecie więc wyobrazić sobie moją minę, gdy zobaczyłam kolorystykę fotografii, bowiem ich odwzorowanie jest praktycznie identyczne!

Niemiecka precyzja

Papier, na którym drukowane są zdjęcia jest matowy (taki wybrałam), ale nie szorstko matowy, jak kartka papieru – ma przyjemne jakby satynowe wykończenie. Jest sztywny i na tyle gruby, by nie dało się go pogiąć przez nieuwagę. Kółeczka są małe, ale masywne, nie wyginają się i nie odkształcają, a kartki przewracają się płynnie. Przezroczysta nakładka z przodu i z tyłu jest na tyle sztywna, by bez problemu ochronić wnętrze. Nie trzeba się więc obawiać, że zeszyt ulegnie zniszczeniu i chyba byłoby go trudno nawet spalić. Do jakości wykonania nijak więc nie mogłam się przyczepić, co tylko dodatkowo cieszyło.

Nie spodziewałam się zbyt wiele po tym fotozeszycie. Myślałam, że będzie to taki trochę „podprodukt”, nic specjalnego. Saal Digital udowodniło jednak, że z taką samą dbałością podchodzi tak do dużych, jak i małych zamówień, co wywarło na mnie ogromne wrażenie. Jeśli więc poszukujecie firmy drukarskiej, która w krótkim czasie przygotuje Wam fotoksiążkę najwyższej jakości, Saal Digital będzie strzałem w dziesiątkę.

Polecam ja – drukarska Grażyna. I wracam do wspominania pięknego Zakynthosu.

Ściskam! / U.

You Might Also Like